Czarna żółć(gr. mélas – czarny + cholé – żółć). Według Hipokratesa jeden z podstawowych płynów ustrojowych (“humorów”). Zdaniem współczesnych uczonych prawdopodobnie w ten sposób starożytni nazywali krew żylną wypływającą ze śledziony, zawierającą produkty rozpadu krwinek czerwonych i przez to wyraźnie ciemniejszą. “Potocznie”- melancholia, głęboki smutek graniczący z rozpaczą.
Takimi określeniami skłonny jestem obdarować opisywane przeze mnie wydawnictwo. Od długiego czasu mam mocną awersję do wszystkiego co zawiera etykietkę “depressive black metal” z prostego względu- ta muzyka w 95% nie jest szczera, a głównym jej odbiorcą jest młodzież, którą z czystym sumieniem mogę zdefiniować jako “emo”- niezrozumiałe przez świat dzieciaki, które aby pokazać swoją indywidualność łapią się tegoż nurtu, który z czymś takim jak wyżej wymienione “emo” nie ma nic wspólnego(mowa oczywiście o projektach, które naprawdę coś znaczą i są prawdziwe w tym co robią- co jak co, ale to naprawdę widać oraz słychać. Szkoda, że takowych tworów jest wręcz jak na lekarstwo). Dochodzi do kurozialnych incydentów takich jak pstrykanie fotek na tle kafelków łazienkowych z gumowymi nożami, sztuczną krwią i innymi bzdetami. Śmieszne a jednocześnie smutne, lecz prawdziwe- tak jakby manifestowanie podobnych zachowań miało podnieść wiarygodność ideologii założyciela projektu. Drugim niesprzyjającym elementem jest fakt, że taką muzykę może nagrać byle dziecko, które dostało od rodziców gitarę pod choinkę, nagra kilka koślawych burzum’owskich riffów z przesterem a’la “brzmienie white noise”, popiszczy do mikrofonu wielce uduchowione liryki “oj jak boli” i voila- oto mamy wydawnictwo jakich tysiące można usłyszeć gdziekolwiek, chociażby na youtube. Nie ukrywam, że sam przez jakiś czas lubowałem się w tej muzyce, ale chyba tylko krowa nie zmienia poglądów, i w sumie ciesze się, że wyszło jak wyszło. Na palcach jednej ręki mogę zliczyć wydawnictwa, do których z czystym sumieniem przyczepię etykietkę jaką jest “depresyjny black metal”- muzyka czarna jak smoła, dusząca oraz wysysająca wszystkie siły. Jedną z takich płyt jest właśnie “”Hopeless Melancholy”.
Wydawnictwo zostało wydane w roku 2010 przez wytwórnię Self Mutilation Services, o której nie mam zbyt pochlebnego zdania, właśnie dlatego, że bierze pod swoje okaleczone ręce chyba wszystkie mierne projekciki, rzekomo uchodzące pod DBM. “Beznadziejna melancholia” wyszła spod ręki niejakiego Abandoned, Norwega który chyba naprawdę został opuszczony przez wszelaki pierwastek ludzki i mieszka w jakiejś opustoszałej krypcie, gdzie za pomocą instrumentów wylewa z siebie wszelkie negatywne emocje. Na płytę składają się 4 utwory, których długość(prócz ostatniego, niespełna 4-minutowego) wynosi ponad 10 minut. Ciężko mi wybrać najbardziej reprezentatywny kawałek, bowiem wszystkie są świetne i słucha mi się ich bardzo przyjemnie(o ile tak mogę powiedzieć o takiej muzyce, ale niech już będzie…). Muzycznie jest to utrzymywany w zmiennych tempach Black Metal, o bardzo zabrudzonym brzmieniu, z krzykliwymi/rozpaczliwymi wokalizami, prostymi kompozycjami, świetnymi riffami i niesamowitym, przytłaczającym klimacie. Podczas słuchania tejże muzyki nasuwają mi się obrazy przedstawiające jakieś zapomniane komnaty, grobowce oraz groty, gdzie w powietrzu wisi niepokojąca i złowróżbna aura. Nie potrafię znaleźć w głowie płyty podobnej do “Hopeless Melancholy”- całość nie brzmi wprawdzie oryginalnie czy nowatorsko(wszak Black Metal to prosta muzyka), ale z racji, że tutaj naprawdę czuć ducha(jak mało gdzie) wolę nie szufladkować zawartości tej płyty z innymi projektami. Jednak jeśli już miałbym zostać przyparty do muru i podać przykład, wymieniłbym norweski “Mareriit”, choć w głębi duszy czuję, że to niezbyt trafne porównanie- prawie strzał w próżnię. O samej muzyce mogę powiedzieć, że jest po prostu bardzo smutna i nie wyobrażam sobie słuchania jej przez zwykłego Kowalskiego. Podoba mi się fakt, że dźwięki zawarte na tej płycie są bardzo hipnotyczne, transowe- nie raz złapałem się na tym, że przewijałem niektóre fragmenty utworów kilkanaście/dziesiąt razy- pomagało mi to zapaść w podobny do transu stan. Innym elementem, który zasługuje na uwagę są wokale, które dla kogoś kto przesłuchał kilkanaście płyt tego rodzaju nie są niczym nowym- wręcz oklepanym- jednak uważam, że mają w sobie pasję i wydaje mi się, że Abandoned wykrzykiwał kolejne wersy z prawdziwą werwą. Większość wokaliz to zwykłe, wysokie krzyki, lecz znajdzie się miejsce na donośne wołania(które są doprawdy genialne) oraz tradycyjny skrzek. Jeśli chodzi o brzmienie materiału- dla mnie jest idealne- uwielbiam płyty brzmiące w ten sposób. Uważam, że ma ono w sobie pewien czynnik, który przemawia na korzyść ducha w muzyce. Nadaje wg mnie więcej atmosfery. Na koniec wspomnę o oprawie graficznej, która również nieco się wyróżnia w zalewie żyletek/pistoletów/pochylonych pod ścianami długowłosych smutasów- obrazy w niej zawarte są niewyraźne i mają w sobie jakiś niepokojący pierwiastek.
Szczerze powiedziawszy nie mam do czego się przyczepić jak chodzi o całokształt. Płyta jest chyba trudna do zdobycia, bowiem pomimo moich poszukiwań nie mogłem jej nigdzie znaleźć w naszych polskich distrach, a z wysyłką zagraniczną nie chce mi się bawić. Może kiedyś jakimś cudem dorwę to wydawnictwo u nas- będę wtedy miał powód do radości.


