Adversus Semita- “Hopeless Melancholy”

Posted in Recenzje on Grudzień 5, 2011 by vandrerer

 

Czarna żółć(gr. mélas – czarny + cholé – żółć). Według Hipokratesa jeden z podstawowych płynów ustrojowych (“humorów”). Zdaniem współczesnych uczonych prawdopodobnie w ten sposób starożytni nazywali krew żylną wypływającą ze śledziony, zawierającą produkty rozpadu krwinek czerwonych i przez to wyraźnie ciemniejszą. “Potocznie”- melancholia, głęboki smutek graniczący z rozpaczą.

Takimi określeniami skłonny jestem obdarować opisywane przeze mnie wydawnictwo. Od długiego czasu mam mocną awersję do wszystkiego co zawiera etykietkę “depressive black metal” z prostego względu- ta muzyka w 95% nie jest szczera, a głównym jej odbiorcą jest młodzież, którą z czystym sumieniem mogę zdefiniować jako “emo”- niezrozumiałe przez świat dzieciaki, które aby pokazać swoją indywidualność łapią się tegoż nurtu, który z czymś takim jak wyżej wymienione “emo” nie ma nic wspólnego(mowa oczywiście o projektach, które naprawdę coś znaczą i są prawdziwe w tym co robią- co jak co, ale to naprawdę widać oraz słychać. Szkoda, że takowych tworów jest wręcz jak na lekarstwo). Dochodzi do kurozialnych incydentów takich jak pstrykanie fotek na tle kafelków łazienkowych z gumowymi nożami, sztuczną krwią i innymi bzdetami. Śmieszne a jednocześnie smutne, lecz prawdziwe- tak jakby manifestowanie podobnych zachowań miało podnieść wiarygodność ideologii założyciela projektu. Drugim niesprzyjającym elementem jest fakt, że taką muzykę może nagrać byle dziecko, które dostało od rodziców gitarę pod choinkę, nagra kilka koślawych burzum’owskich riffów z przesterem a’la “brzmienie white noise”, popiszczy do mikrofonu wielce uduchowione liryki “oj jak boli” i voila- oto mamy wydawnictwo jakich tysiące można usłyszeć gdziekolwiek, chociażby na youtube. Nie ukrywam, że sam przez jakiś czas lubowałem się w tej muzyce, ale chyba tylko krowa nie zmienia poglądów, i w sumie ciesze się, że wyszło jak wyszło. Na palcach jednej ręki mogę zliczyć wydawnictwa, do których z czystym sumieniem przyczepię etykietkę jaką jest “depresyjny black metal”- muzyka czarna jak smoła, dusząca oraz wysysająca wszystkie siły. Jedną z takich płyt jest właśnie “”Hopeless Melancholy”.

Wydawnictwo zostało wydane w roku 2010 przez wytwórnię Self Mutilation Services, o której nie mam zbyt pochlebnego zdania, właśnie dlatego, że bierze pod swoje okaleczone ręce chyba wszystkie mierne projekciki, rzekomo uchodzące pod DBM. “Beznadziejna melancholia” wyszła spod ręki niejakiego Abandoned, Norwega który chyba naprawdę został opuszczony przez wszelaki pierwastek ludzki i mieszka w jakiejś opustoszałej krypcie, gdzie za pomocą instrumentów wylewa z siebie wszelkie negatywne emocje. Na płytę składają się 4 utwory, których długość(prócz ostatniego, niespełna 4-minutowego) wynosi ponad 10 minut. Ciężko mi wybrać najbardziej reprezentatywny kawałek, bowiem wszystkie są świetne i słucha mi się ich bardzo przyjemnie(o ile tak mogę powiedzieć o takiej muzyce, ale niech już będzie…). Muzycznie jest to utrzymywany w zmiennych tempach Black Metal, o bardzo zabrudzonym brzmieniu, z krzykliwymi/rozpaczliwymi wokalizami, prostymi kompozycjami, świetnymi riffami i niesamowitym, przytłaczającym klimacie. Podczas słuchania tejże muzyki nasuwają mi się obrazy przedstawiające jakieś zapomniane komnaty, grobowce oraz groty, gdzie w powietrzu wisi niepokojąca i złowróżbna aura. Nie potrafię znaleźć w głowie płyty podobnej do “Hopeless Melancholy”- całość nie brzmi wprawdzie oryginalnie czy nowatorsko(wszak Black Metal to prosta muzyka), ale z racji, że tutaj naprawdę czuć ducha(jak mało gdzie) wolę nie szufladkować zawartości tej płyty z innymi projektami. Jednak jeśli już miałbym zostać przyparty do muru i podać przykład, wymieniłbym norweski “Mareriit”, choć w głębi duszy czuję, że to niezbyt trafne porównanie- prawie strzał w próżnię. O samej muzyce mogę powiedzieć, że jest po prostu bardzo smutna i nie wyobrażam sobie słuchania jej przez zwykłego Kowalskiego. Podoba mi się fakt, że dźwięki zawarte na tej płycie są bardzo hipnotyczne, transowe- nie raz złapałem się na tym, że przewijałem niektóre fragmenty utworów kilkanaście/dziesiąt razy- pomagało mi to zapaść w podobny do transu stan. Innym elementem, który zasługuje na uwagę są wokale, które dla kogoś kto przesłuchał kilkanaście płyt tego rodzaju nie są niczym nowym- wręcz oklepanym- jednak uważam, że mają w sobie pasję i wydaje mi się, że Abandoned wykrzykiwał kolejne wersy z prawdziwą werwą. Większość wokaliz to zwykłe, wysokie krzyki, lecz znajdzie się miejsce na donośne wołania(które są doprawdy genialne) oraz tradycyjny skrzek. Jeśli chodzi o brzmienie materiału- dla mnie jest idealne- uwielbiam płyty brzmiące w ten sposób. Uważam, że ma ono w sobie pewien czynnik, który przemawia na korzyść ducha w muzyce. Nadaje wg mnie więcej atmosfery. Na koniec wspomnę o oprawie graficznej, która również nieco się wyróżnia w zalewie żyletek/pistoletów/pochylonych pod ścianami długowłosych smutasów- obrazy w niej zawarte są niewyraźne i mają w sobie jakiś niepokojący pierwiastek.

Szczerze powiedziawszy nie mam do czego się przyczepić jak chodzi o całokształt. Płyta jest chyba trudna do zdobycia, bowiem pomimo moich poszukiwań nie mogłem jej nigdzie znaleźć w naszych polskich distrach, a z wysyłką zagraniczną nie chce mi się bawić. Może kiedyś jakimś cudem dorwę to wydawnictwo u nas- będę wtedy miał powód do radości.

William Basinski – “The Disintegration Loops”

Posted in Recenzje on Grudzień 4, 2011 by vandrerer

Wiadomym jest, iż czas powoduje nieuchronny rozkład. Wszystko przemija, płynie- na wzór słynnego “Panta rhei” wypowiedzianego przez Heraklita. Jednocześnie staramy się w jakiś sposób powstrzymać proces zniszczenia a co najwyżej opóźnić nieuchronną zagładę. Warto jednak zastanowić się nad faktem, czy aby na pewno nasze rozpaczliwe próby utrzymania czegoś przy życiu przyniosą zamierzony przez nas efekt…

Kim jest ów postać, która przyczyniła się do narodzin cyklu “Disintegration Loops”? William Basinski- dawno temu, w latach 80, gdzieś w środkowych Niemczech, niepozorny ekspedient sklepu cynamonowego, wieczorami schodził do swojej piwnicy. Tam oto pochylony nad zwojami taśm magnetycznych wyczarowywał piękne, wręcz niebiańskie pejzaże, które wyprzedzały jego epokę o kilkanaście lat. William systematycznie rejestrował swoje utwory na taśmach magnetycznych, po czym pewnego dnia pozostawił je w swojej szufladzie ukryte przed światem na niespełna dwadzieścia lat. Nadszedł rok 2001- Basinski dokonując przeglądu taśm, odkrył dawno zapomniane, niemal pogrzebane fragmenty swojej twórczości. Postanowił dokonać próby ich uratowania przed niechybną zgubą- w tym celu zapętlił kilkasetkrotnie owe melodie, jednocześnie nakładając na nie inne, poboczne dźwięki oraz kontrmelodie z Voyetry(syntezator muzyki orkiestralnej). William siedząc w swojej piwnicy, dokonując owej próby ratunku, odkrył rzecz niesamowitą- wraz z każdym obrotem taśmy, cząsteczki żelaza pokrywające taśmę(które to wszak są niejako konstrukcjami odpowiedzialnymi za odtwarzanie muzyki) stopniowo obracają się w pył w wyniku obracania się głowic. Starość dopinała swego- delikatne płatki taśmy(muzyki) stopniowo odpadały, całość ulegała powolnej dezintegracji. William nie mógł zrobić nic, poza obserwowaniem jak powoli gaśnie jego młodość, raj utracony- wszystko to było zawarte w owej muzyce, która teraz na jego oczach ulegała rozpadowi. Odchodziła powoli, wdzięcznie oraz pełna piękna. Zgrywanie na CD dobiegło końca- martwa cisza zawitała do piwniczki Williama. Czyż to nie brzmi fascynująco mistycznie? Uważam, iż historia powstania “Niszczejących pętl” jest niesamowita, bajkowa, wręcz nie do uwierzenia. Pewnie jesteście ciekawi co przedstawia zdjęcie na okładce? Zostało ono zrobione z dachu apartamentowca Williama, i uwieczniony jest na nim upadek World Trade Center- w tym oto czasie William przesiadywał na rzeczonym dachu ze swoimi przyjaciółmi, rozmawiając i odsłuchując właśnie “Disintegration Loops”. Potraficie sobie wyobrazić owego ducha, który krąży wokół tego utworu? Śmierć muzyki- upadek Wież?

Jak przedstawia się muzyka zawarta na owym wydawnictwie? Wyobraź sobie ponad jedno-godzinny utwór, który składa się z JEDNEJ prostej melodii. Ona to właśnie, niemal skazana na zapomnienie została wydobyta na światło dziennie pod koniec sierpnia 2001, i zgrana na nośnik CD. Kojarzy mi się z czymś na wzór “nieba”(stanu duszy, w który co prawda nie wierzę, ale skojarzenia mam między innymi właśnie kierowane w tym kierunku). Melodia trwa około sześciu sekund, cały utwór- godzinę i cztery minuty. Możesz więc sobie mniej więcej przeliczyć, ile razy została ona zapętlona. Z każdą minutą z muzyki ubywa jakiś element, fragment danego dźwięku- zostają one bezlitośnie kaleczone i wrzucane w otchłań nicości. Sprawia to, że utwór po dwudziestej minucie nie brzmi tak samo jak na początku- czegoś brakuje. Kolejne dwadzieścia minut ukazuje nam coraz szybszy stan agonalny…Wkradają się trzaski, piski oraz złowrogra cisza. Wszystko do momentu, aż kończący utwór kwadrans przypomina ostatnie oddechy starca, który czuje dotyk śmierci na swojej skórze. Finalne trzy minuty to zwykłe buczenie- niczym pisk elektrokardiografu. Aż następuje cisza. Nadchodzi koniec. Kres wszystkiego.

The Disintegration Loops” zasługuje wg mnie na ocenę maksymalną. Sporą część noty zawdzięcza niewiarygodnemu mistycyzmowi procesowi powstania. A jeśli nasze ciało jest takim samym nośnikiem jak owa magnetyczna taśma? Wszyscy wiemy, co robi z nami czas- patrzymy teraz nieufnie na własne ciało, które przecież jest tutaj tylko jakoby na chwilę. Myślę, że płyta ta idealnie obrazuje jakim niszczycielem materii jest czas. Pokazuje również, jak piękna jest śmierć- stajemy twarzą w twarz ze świadomością nicości, która nas otacza. Naprawdę polecam.

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.